Wyszłam ze samochodu rozprostować kości,
Zobaczyłam piękną doline, jechałam wraz z przyjacielem mojej zmarłej matki.
- Navy ! - Musimy jechać - powiedział Jon
- Już idę
Znów znalazłam w samochodzie, otworzyłam okno i oparłam się o dzwi.
Pamiętam tylko zapach kwiatów, powiew wiatru.
Droga była długa więc połóżyłam się spać.
- Wstawaj - Dojechaliśmy
- Już ! - powiedziałam rodośnie i wyszłam z auta
Jon wyją Nadzieję z przyczepy, klacz zaczeła się rzucać.
- Dziękuje Ci - Niedługo się zobaczymy - przytuliłam mocno mężczyzne
Zabrałam walizkę w rekę i zabrałam Nadzieję do stadniny.
~~ 20 minut później~~
Przebrałam się i ruszyłam pojeździć na koniu.
Zabrałam ją do zagrody, robiłyśmy kółka.
Nagle zauważyłam chłopaka pracującego w stadninie.
Nadzieja staneła dęba i zwaliła mnie z grzbietu.
Walnełam głową w płot, byłam tak głupia że nie nałożyłam kasku.
Chłopak szybko przeskoczył przez zagrode.
- Nic ci nie jest ?! - spytał
- Ni.....nie - jąkałam się
Złapałam się za głowe, po ręku spłyneła mi krew.
Nadzieja była wciąż nie spokojna.
- Chodz zaprowadzę Cię do pielęgniarki - pomógł mi wstać
- Nie dziękuje - powiedziałam cicho
Eliot??????
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz